Poskromić Diablaka

Wpisowe na Diablaka 450zł -750 zł
Transport ok. 500 zł
Nocleg w Wiśle/Żywcu ok. 300 zł
Lucrum cessans z powodu poświecenia pracy na rzecz treningów X zł
Poskromienie Diablaka- BEZCENNE
Zacznijmy jednak od początku. W dużym skróci wyglądało to następująco:


15 lutego 2016 13:12
Do tej pory nie wiem jaki diabeł mnie podkusił, aby wysłać wiadomość do administratora profilu FB Beskid Extreme Triathlon z prośbą o umieszczenie mnie na liście startowej Diablaka, pomimo nie spełnienia jednego z podstawowych, stawianych przez organizatora wymogów tj. ukończenia pełnego dystansu IronMana. Nie przeanalizowałam na co się porywam, przewidując otrzymanie odmownej odpowiedzi. Ku mojemu zaskoczeniu, organizatorzy przyklasnęli mojemu pomysłowi i nawet zaproponowali pomoc w przygotowaniu. Późniejsze wydarzenia pokazały, że w tym momencie absolutnie nie miałam pojęcia w co się pakuję.

22 lutego- 13 czerwca 2016
Intensywne treningi rozpisywane przez trenerów- Sebastiana i Krzyśka, czyli ponad 300 km biegu, ponad 1000 km na rowerze, niezliczone godziny na basenie, przeplatane wypadkiem na rowerze, chorobą i dwoma zagranicznymi wyjazdami, które przerywały cykl treningowy. Przy całej miłości do sportu, pod koniec przygotowań jedyną motywacją do treningów była droga, którą już przeszłam do tego momentu. Szkoda było zaprzepaścić tyle wyrzeczeń, bólu i czasu.

13- 19 czerwca 2016
Pierwszy zaplanowany odpoczynek od treningów stanowiący jedynie „ciszę przed burzą”. Moja silna wola została w tych dniach wystawiona na inną próbę. Od poniedziałku do środy włącznie musiałam drastycznie wyłączyć z diety węglowodany. Powyższe było bolesnym doświadczeniem, z uwagi na podkręcony treningami metabolizm. Najgorsze jednak było dopiero przede mną. Od czwartku, aż do niedzielnego startu miałam jeść właściwie wyłącznie węglowodany. Tylko pierwszego dnia powyższe sprawiało przyjemność. Pod koniec soboty miałam wrażenie, że organizm zapomniał odruchu przełykania. Jedzenie stało się karą. Wiedziałam jednak, że i tak nie zdołam zmagazynować tyle węglowodanów w organizmie, ilu będzie on potrzebował w czasie Diablaka.
19 czerwca 2016 03:00 w nocy
Pobudka. Zanim wstałam z łóżka już zaczęłam jeść przygotowaną wcześniej owsiankę. Następnie, starając się nie myśleć o tym co mnie czeka za chwilę, spakowałam ostatnie rzeczy m.in. jedzenie i ubranie do kolejnych stref zmian i razem z Basią (Autorką zdjęć i filmu poniżej) pojechałyśmy na miejsce startu.
04:30
Start etapu pływania przy zaporze na jeziorze Żywieckim. 3,8 km minęło mi niezwykle szybko i bezproblemowo (może oprócz nawigacji, ponieważ bojki, które miały wskazywać trasę były rozmieszczone bardzo daleko od siebie). Po 90 minutach w wodzie dotarłam do pierwszej strefy zmian gdzie czekał na mnie mój rower.

06:04
Wyjazd na trasę rowerową liczącą 180 km i niezliczoną liczbę podjazdów o łącznym przewyższeniu 3200 m m.in. Salmopol, tzw. „zameczek” (podjazd pod Rezydencję Prezydenta RP w Wiśle) czy Koniaków. Pierwszą pętle, pomimo rosnącego zmęczenia, pokonałam w zadowalającym mnie czasie, z uśmiechem na twarzy. Druga pętla tej samej trasy wydawała się kilkukrotnie dłuższa i trudniejsza, z powodu upału i coraz bardziej dokuczliwego bólu pleców (to niezwykle eufemistyczne określenie tego co się działo z moimi plecami w trakcie zawodów. Ból był naprawdę nie do zniesienia). Po 130 km trasy rowerowej po raz pierwszy poważnie myślałam o zakończeniu tej nierównej walki. Krótka regeneracja (przede wszystkim pełnego zwątpień umysłu) pozwoliła mi podjąć dalszą walkę metodą „małych kroków”.
Choć wiedziałam co mnie czeka, oszukiwałam umysł skupiając się tylko na najbliższym podjeździe. Etap rowerowy to również jedyny moment w trakcie triathlonu na uzupełnienie węglowodanów, więc jadłam właściwie non stop, aby zmagazynować energię na etap biegowy, podczas którego dużo ciężej zarówno jeść jak i przetrawić jedzenie. Jadłam wszystko to co jeszcze chciał przyjąć mój organizm. Piłam colę, której smaku wręcz nie pamiętałam, a nawet wodę z dużą ilością soli, aby przeżyć kolejną godzinę na słońcu i uzupełnić wypocone minerały.
15:00
Melduje się na rynku w Żywcu pewna wręcz, że tu kończę moje starcie z Diablakiem. Weszłam do namiotu przygotowanego na przebranie się w strój biegowy, aby ubrać „cywilny strój” i wrócić do domu. Na moje szczęście (?) spotkałam tam inną uczestniczkę, która bez chwili zawahania zaczęła się przebierać w strój do biegania. Jeśli Ona ma jeszcze siłę, to jak ja mam się poddać? Postanowiłam ostatkiem sił (nie wiem skąd jeszcze je brałam) spróbować chociaż rozpocząć bieg. Jazda na wysokiej kadencji (wysoka liczba obrotów korbą podczas jazdy rowerem) i „ładowanie” węglowodanów sprawiło, że przez pierwsze kilometry biegłam tak, jakbym dopiero zaczynała zawody. Nie trwało to długo, ponieważ profil trasy zakładał 2400 m przewyższenia, a zatem zaczęło być stromo, co uniemożliwiało utrzymanie tempa i … dotarcie do mety przed upływem przewidzianego przez GOPR czasu.
18:30
Bufet w Korbielowie. A właściwie to co z niego zostało. Jedzenie leżało już na trawie, bo dotarliśmy po limicie czasu. Kolejny moment gdy myślałam, że to koniec i wreszcie będę mogła odpocząć. Trener, który biegł razem ze mną zadał jednak pytanie czy chce biec dalej, pomimo tego, że na metę dotrzemy po wyznaczonym limicie czasu? Doprawdy nie wiem co siedzi w mojej głowie, bo pomimo wizualizacji wanny i ciepłego obiadu w głowie, odpowiedziałam bez chwili wahania, wbrew swoim myślom: tak! Postanowiliśmy zaczekać na pozostałych „spóźnialskich” i wspólnie ruszyć na podbój Babiej Góry.

19:15
Tu zaczyna się mój prawdziwy Diablak. Kiedy myślałam, że najgorsze co miało mnie spotkać jest już za mną, prawdziwe piekło czekało na mnie za rogiem. Już rozumiem dlaczego ta góra jest zwana „diabelską”. Przez pierwsze półtorej godziny widoki roztaczające się dookoła rekompensowały ból i zmęczenie każdej części mojego ciała. Kalkulowałam w głowie, że skoro spóźniliśmy się ok 30 minut do Korbielowa, to do Schroniska na Babiej Górze dotrzemy najpóźniej z około godzinnym opóźnieniem (po limicie czasu, który GOPR-owcy ustalili na 21:00). Zatem jeszcze ok. godziny marszu i czeka mnie upragniona chwila chwały. Mój Trener, który nadal towarzyszył mi w trudach i znojach Diablaka, podobnie czarował moją nieświadomą niczego głowę, trzymając w ręku mapę, do której nie pozwalał mi zajrzeć. Tak minęła kolejna godzina po której nastał mrok, a razem z nim przyszedł również deszcz. Niezrażona powyższym (bo przecież już prawie jesteśmy na mecie) założyłam na siebie wszystkie ubrania, które miałam ze sobą w plecaku i dzielnie walczyłam z przeciwnościami… Mniej ufnie zaczęłam jednak podchodzić do słów moich kompanów i zerknęłam na jedną z tablic wskazujących szlak na Babią Górę. Pokazywała ona (o zgrozo!) orientacyjny czas dotarcia na szczyt- 5 godzin 10 minut! Milion myśli pojawiło się w mojej głowie- czy zabłądziliśmy? Czy jest może jakikolwiek inny, krótszy szlak (nawet kosztem dyskwalifikacji)?
Czy można stąd po prostu zejść krótszą drogą i zapomnieć o tym koszmarze? Naprawdę przestało być wesoło. Było mi zimno, organizm był przemęczony do granic możliwości, wiedziałam że nikt ze mną nie wróci z powrotem, a na ponad 5 godzin wędrówki, w takich warunkach nie byłam przygotowana. Mój umysł musiał przekroczyć kolejną granicę i uciszyć panikę, która się po nim panoszyła i sugerowała, aby po prostu usiąść i wywiesić białą flagę. Spojrzałam na telefon- brak zasięgu. Nawet gdyby Nam się coś stało, nie mamy możliwości zawiadomienia kogokolwiek. Układałam już w mojej głowie zapowiedź w wiadomościach, o grupie czterech uczestników Diablaka, którzy zaginęli w górach, ponieważ chcieli ukończyć wyścig, pomimo upływu limitu czasu. Od dwóch godzin już nie padało… tylko lało. Istna ściana deszczu. Do tego mgła znacznie ograniczała widoczność, a szlak po którym szliśmy stawał się coraz bardziej wąski, śliski i niebezpieczny. Przez kolejną godzinę szliśmy w milczeniu. Chyba wszyscy zaczęli mieć podobne do moich obawy. Droga zdawała się nie mieć końca.
00:15
Nie wierzyłam własnym oczom, gdy zobaczyłam schronisko! Przy takim zmęczeniu podejrzewałam siebie o deszczowo-zmęczeniową fatamorganę. Upragniona meta. Medal. Koszulka pogromcy Diablaka. Łyk zwycięskiego szamapana. Kilka zdjęć i…. Myślicie, że na tym zakończyłam ten dzień?
00:30
Jazda quadem z GOPR-owcem do Basi, która czekała na mnie w samochodzie u podnóża góry. Witałyśmy się ze łzami w oczach. Obie nie wierzyłyśmy w to co przed chwilą się wydarzyło. Przebrałam się w suche ubrania (nareszcie!) i popędziłyśmy do domu Basi. Miałyśmy razem jechać do Warszawy, ale Basia nie miała już na to sił (co mnie absolutnie nie dziwi). Gdy ja półprzytomna brałam u Niej prysznic, Ona ze swoich Chłopakiem przepakowali wszystkie rzeczy do mojego auta. Byłam na tyle nieobecna, że nie wiedziałam która jest godzina, ale myślę, że ok. 3:30.

06:00

Pobudka. Miałam wrażenie, że to kolejny etap mojego Diablaka. Wsiadłam już sama do auta, po drodze pijąc kawę i wyjadając wszystko co zostało z wczorajszych zawodów. Pojechałam prosto…na plan serialu „Na Wspólnej”
10:20
Wchodzę na plan. Fryzura, make-up, sukienka, obcas i kolejne 12 h (sic!) nagrań.

Ogrom emocji, myśli i spostrzeżeń, które zafundował mi Diablak jest nie do opisania. Do tej pory nie wiem jak to mogło się udać. Co więcej, nie odpowiedziałam sobie na pytanie postawione na początku: jaki diabeł mnie podkusił, żeby się na to zdecydować?! Nie żałuję i sama jestem z siebie dumna, ale szczerze… nie podjęłabym się tego wyzwania, gdybym wiedziała jak ciężki okaże się ten triathlon. Pewnie wśród Was są tacy, którym po tej relacji, narodził się w głowie pomysł wystartowania w kolejnej edycji Diablaka. „Skoro nawet Jabłczyńska dała radę”… Zapewniam, że wspomnienie tego triathlonu pozostanie w głowie każdego uczestnika na całe życia… ale reklamacji nie przyjmuję.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...